MAGIA ISTNIEJE NAPRAWDĘ

Kiedy byłam dzieckiem, wszystko było bardziej możliwe. Przyszłość była zbyt odległa, by myśleć o niej często, a najważniejsze było dziś, ewentualnie jutro. Każdy dzień był przygodą, szczególnie w wakacje. Wakacje były magią samą w sobie. Lato trwało tak długo, dzień jakby nie miał końca, a w ciągu tego dnia cała masa przygód. I choć minęło tyle lat, nadal pamiętam te najpiękniejsze i jednocześnie najzwyczajniejsze w świecie momenty. Ale nie zawsze, no przecież. Gwałtowne, chwilowe wspomnienia wywołują drobnostki. Jak ta, która zdarzyła mi się nie tak dawno temu.

Podczas zbiorczego zamówienia w allegrowskim antykwariacie wpadłam na książkę, która kompletnie zbiła mnie z tropu. Przecież znałam doskonale, a nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Zdarza się (o rany, teraz przypomniałam sobie Rzeźnię numer pięć!). Ale by w pełni zrozumieć moje zaskoczenie, należy cofnąć się w czasie o jakieś 12 lat, a na pewno nie więcej. Ja cofnęłam się właśnie w momencie, gdy przeglądając książki młodzieżowe, trafiłam na tytuł Most do Terabithii - i znowu miałam dziesięć lat, a wokół mnie działa się magia.

To musiało zdarzyć się w domu mojej babci. Kiedy miałam dziesięć lat, pokój zabaw dla wnuków był jednym z tylko naszych miejsc - wiele w nim pozostało sekretów, rysunków i niezdradzonych tajemnic. Przypomniał mi o tym najstarszy z moich zachowanych pamiętników, ale nie o to chodzi. Widzę telewizor, słyszę rozmowy rodziców, babci i wujostwa, śmiechy, i głosy dochodzące z telewizora. Dzieci i magiczna kraina. Pamiętam, że wpatrywałam się w ekran jak pod zaklęciem, może nawet miałam otwarte usta i nie wiem, może nawet wpadła mi do nich mucha. Chodziło mi o las. Bo jeśli ktoś nie wychował się przy lesie, nie spędzał w nim tak dużo czasu, nie zrozumie też więzi. Las był magią, w którą zawsze wierzyłam. Może to za sprawą Pocahontas, może to dlatego, że gdybym miała być księżniczką byłabym właśnie Pocahontas? Biegałam po lesie i śpiewałam zupełnie inaczej niż Edyta Górniak, ale ważne, że czułam się jakbym naprawdę biegła leśnym duktów szlakiem i próbowała jagód w pełne słońca dni. Las był w mojej pamięci od zawsze i nie widzę mojego życia bez drzew, znajomych ścieżek, zbierania szyszek, słuchania ptaków i skrytych pragnień o leśnych zwierzętach, które pewnego dnia uznają mnie za jedną ze swoich - ptaki będą siadały na moich ramionach, a sarny będą bawiły się ze mną w berka.

To były moje marzenia.

I nagle mała, drobna ja zakochana po uszy w lesie, ja, która wie, że jest coś poza tym, co widać, bo przecież las nie może być zwyczajny, widzi film, który pokazuje właśnie ten magiczny las, na który tak czekała. Nagle zrozumiałam, że magia była, jest i będzie, ale jest tylko dla wybranych. Magia istnieje dla tych, którzy w pozornie zwyczajnych rzeczach i chwilach, potrafią oczami wyobraźni dostrzec świetliste gwiazdki, mówiące zwierzęta i drzewa poruszane kolorowym wiatrem. Mogłam być królową mojego lasu, jeśli tylko tego chciałam. Wszystko było w mojej głowie.




Nie miałam pojęcia, że film jest na podstawie książki. Byłam dzieciakiem, raczej nie miało to dla mnie znaczenia, a potem przestałam go oglądać. Zawsze miałam go gdzieś tam w pamięci, ale nie lgnęłam usilnie do niego znowu. Może bałam się, że straci w moich oczach, bo magia, która kiedyś wprawiała mnie w zachwyt, dziś wydałaby mi się tandetna i mało przekonująca? Cokolwiek to było, sprawiło, że oddaliłam się od mojej magii w lesie, choć nadal go uwielbiałam - widziałam w nim las.  
Most do Terabithii otworzył mi oczy na nowo. Wiedziałam, że to książka dla dzieci i nie powinnam spodziewać się po niej wielkich zachwytów nad treścią i formą, ale jednak coś się zadziało. Nie odświeżyłam sobie filmu, więc nie chcę porównywać ich do siebie, ale coś w mojej pamięci pozostało. Najpierw chciałam napisać tutaj o tym, co czuję, a potem obejrzę film, który kiedyś pokochałam. Bo w nim zachwycił mnie las. To on był magią. Terabithia to była kraina, którą i ja mogłam stworzyć w moim kawałku lasu, byłam królową i wyobrażałam sobie całe jej istnienie. Dla mnie to wszystko było prawdziwe, tak jak dla Jessa i Leslie. Otwierałam mój umysł i wszystko dookoła było piękniejsze. Cały ten okrutny świat, który dziś lepiej znam (choć nadal ciężko mi zrozumieć) ukradł mi magię. Schował ją w miejsce, do którego dostęp mają tylko dzieci.

Kiedy umarła Leslie i kiedy Jess nie mógł sobie poradzić z jej brakiem, coś we mnie pękło. Zamknęłam książkę, przytuliłam do piersi i rozpłakałam się. Wiecie, jaka jest różnica między odbiorem filmu jako dziecko i książki jako (o zgrozo!) osoba dorosła? Magią była dla mnie relacja między Jessem i Leslie, przyjaźń, miłość, zaufanie i wszystko to, co razem byli w stanie przejść, zrobić, stworzyć. Świat jest magią sam w sobie, ale trzeba ją dostrzec.




Kiedyś chciałam być Leslie. Zawsze pociągały mnie osoby ekscentryczne, inne, odważne, żyjące po swojemu bez patrzenia na innych. Miałam w sobie chęć takiego szalonego życia pełnego przygód bezpiecznych i niebezpiecznych, ale chyba byłam za mało odważna. Nie upodobniłam się ani do Leslie, ani do Avril Lavigne czy kogo tam jeszcze uwielbiałam - stworzyłam w końcu taką wersję mnie, która była wymarzoną mną. Czy to nie tak właśnie powinno być? Dziś wiem, że właśnie takie doświadczenia czytelnicze, filmowe i muzyczne były głównym budulcem mojej osobowości. Fundamentem jest moja rodzina, miejsce, w którym się urodziłam, wychowałam i dorosłam - bez fundamentów nie byłoby nic.

Kiedy przeczytałam Most do Terabithii zrozumiałam, co było i jest dla mnie najważniejsze. Niby ciągle się o tym mówi, wszystko jest takie oczywiste, ale jak dochodzi co do czego, to nagle nic nie jest zupełnie jasne. A chyba warto wiedzieć, co zrobiło nas takimi, jacy jesteśmy. I ja znowu widzę magię w lesie i nie muszę zamykać oczu, żeby wyobrazić sobie niezwykłe rzeczy. Zawsze uważałam najzwyklejsze rzeczy za cudowne, nic się w tej kwestii nie zmieniło od dziecka, a teraz może to się jeszcze trochę pogłębiło.

No i zyskałam nową/starą ulubioną historię, do której na pewno wrócę jeszcze nie raz.


__________________________________
Pierwsze zdjęcie lasu jest mojego autorstwa, pozostałe dwa są z Pinteresta.

Komentarze

  1. "czułam się jakbym naprawdę biegła leśnym duktów szlakiem i próbowała jagód w pełne słońca dni" - rozkleiłam się na tym fragmencie. Ogladalam "Most do Terabithii"; marzyłam i wciąż marzę o takiej przyjaźni. Marzę o życiu jak z filmu. Ale niestety, życie to nie film. Bardzo poruszający serca post.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

czy powinnam powitać się na nowo?

CHOLERNY PERFEKCJONIZM

"KWIAT ŚNIEGU I SEKRETNY WACHLARZ" PO RAZ DRUGI