SZKOŁA MINĘŁA A JA ZOSTAŁAM
Szkołę skończyłam jakiś czas temu (pisząc "jakiś czas" nie mam na myśli kilku miesięcy, to już, niestety, lata), ale wracam do niej cały czas. Fizycznie już tylko do gmachu liceum, ale myślami do wszystkich trzech, które miałam okazję uważać za jedno ze swoich miejsc. Bo tak było. Chodziłam do trzech szkół, na każdym szczeblu zmuszona byłam zmienić placówkę. Każda z nich była zupełnie inna, ale w każdej w końcu czułam się swobodnie i po prostu dobrze. Tak dobrze jak tylko uczeń może czuć się w szkole. I teraz po takim czasie uwielbiam myślami wrócić do czasów, które tak nagle i bezpowrotnie minęły. Do każdej ze szkół, bo w każdej byłam inną wersją mnie. Dzieckiem, nastolatką i prawie dorosłą. I widzę jakie to miało ogromne znaczenia dla tej wersji mnie, która teraz to pisze. (Czy naprawdę jeszcze nikt się nie zorientował, jak bardzo lubię wspominać i analizować przeszłość, a szczególnie własne charaktery?)
Teraz, kiedy wszyscy wracają do szkoły po wakacjach, a ja jeszcze miesiąc będę oddychała spokojnie, częściej wspominam czasy bycia uczennicą. Albo raczej wszystkimi wersjami uczennicy, jakimi byłam. A teraz napiszę być może najśmieszniejszą i najbardziej niepoważną rzecz na świecie: z wielką chęcią wróciłabym do szkoły i przeszła całą moją edukację raz jeszcze - od szkoły podstawowej po maturę. Gdybym kilka lat temu pomyślała o czymś takim, pewnie zaśmiałabym się w głos i pomyślała, że chyba prędzej kaktus wyrośnie mi na dłoni. Bo tak się kiedyś mówiło! I dziś krótko (czyt. najkrócej jak będę umiała) opiszę, czym był dla mnie każdy szczebel edukacji i szkoła jako miejsce, w którym spędzałam połowę moich dni.
Prawda jest taka, że chciałabym napisać o tym dużo. Już na wstępie chcę zaznaczyć, że uważam szkołę za niesamowicie ważną placówkę, która robi z nas ludzi. To tam dowiadujemy się, kim jesteśmy, do czego dążymy, co lubimy, w czym jesteśmy lepsi, gorsi, a przede wszystkim jakimi ludźmi jesteśmy, chcemy być i jakimi chcemy się otaczać. No czyli całe nasze tu i teraz, prawda? Czy każdy tak ma? Wierzę, że każdego szkoła czegoś uczy, ale trudno określić wszystkich ludzi jednakowo. Każdy przeżywa inną historię.
Szkoła podstawowa: Małe szkoły i kilkuosobowe klasy mają dwie strony: czasem wydaje się okropnie nudno, kiedy zupełnie nic się nie dzieje, ale jednak całe sześć lat dorastaliśmy obok siebie znając się praktycznie na wylot. Przed taką liczbą osób było niewiele sekretów, ale każdy był zupełnie inny i to było piękne. Każdy czuł się potrzebny i każdy mógł liczyć na indywidualne traktowanie. Każdy miał swoją ławkę w klasie, każdy miał niezmienny numer w dzienniku, charakterystyczne pismo, które byliśmy w stanie rozpoznać bez problemu. W tej szkole byłam dzieckiem i później "prawie nastolatką". Bo wtedy w wieku dwunastu lat nikt nawet nie myślał poważnie o malowaniu się, imprezowaniu i wszystkich dorosłych rzeczach, o których teraz myślą dwunastolatki. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Byliśmy dzieciakami i nie udawaliśmy dorosłych. Myślenie o dalekiej przyszłości było abstrakcją. Kim będę za dziesięć, dwadzieścia lat? Pisarką, dżokejką, malarką, nauczycielką, projektantką mody albo piosenkarką. Każdego dnia w mojej głowie rodziły się nowe pomysły na przyszłość, w zależności od tego jaki serial akurat obejrzałam albo jaką książkę przeczytałam. Wszystko było zagadką. Przyszłość była nieznana i tajemnicza, trochę się jej bałam, a trochę na nią czekałam. Chodzenie do malutkiej szkoły, w której każdy każdego zna było w pewnym momencie utrapieniem. Szczególnie, kiedy różnice charakterów zaczynały brać górę, a zwykle uległa Yuzuki pod wpływem Avril Lavigne i Rikki zaczęła zauważać niesprawiedliwości, na które od tylu lat się zgadza. Koniec szkoły podstawowej był jednocześnie najpiękniejszy i najsmutniejszy. W tej szkole przeżyłam przepiękne chwile - była moim miejscem. Kiedy teraz przechodzę obok, w głowie znowu mam wspomnienia różnych chwil, miejsc, w których przesiadywałam na przerwach, słów, które usłyszałam. To tutaj byłam najdłużej i tutaj zrozumiałam, że nie mogę przepływać oceanów dla ludzi, którzy nie przeskoczyliby dla mnie nawet kałuży. Tego się tam nauczyłam, a jak było chodzić do szkoły podstawowej na początku lat 00' i co było w tym takiego niezapomnianego - może kiedyś.
Gimnazjum: Te trzy lata czułam na plecach jeszcze dużo później. Świetna szkoła, w której mogłam czuć się swobodniej, bo nie znałam wszystkich i wszyscy nie znali mnie. Wcześniej zrozumiałam, że bycie grzeczną i potulną nie jest do końca dla mnie. Tutaj obudziła się we mnie buntowniczka na przekór wszystkiemu i wszystkim. Tutaj popełniłam najwięcej błędów, ale też tutaj zrozumiałam jak czasem ciężko jest być po prostu sobą i robić to, co się kocha. Bycie z innymi ludźmi to też wyzwanie i także tego człowiek musi się nauczyć. Słuchać, rozumieć, milczeć, mówić, śmiać się, płakać, współczuć i odchodzić, kiedy twoja obecność jest zbędna. Wśród ludzi człowiek bywa najbardziej samotny, szczególnie, kiedy nie spotyka się ze zrozumieniem najbliższych mu osób. Poznałam wiele zupełnie nowych uczuć całkowicie pozytywnych, dla których znowu chciałabym mieć czternaście lat, ale też wiele uczuć negatywnych, o których nie sposób zapomnieć. Ale dziś nie żałuję, że były obecne w moim życiu - bez nich pewnie nie byłabym taką mną. W czasie wakacji dom był prawie moim hotelem, a ja ciągle gdzieś bywałam. Ciągle z kimś, ciągle coś robiłam i nauczyłam się mnóstwa nowych rzeczy, które z nauką nie miały nic wspólnego. Zrozumiałam też wiele. Przede wszystkim, że nie rozumiem chemii, i że nieważne jak długo będę uczyła się niemieckiego - nie powiem i nie zrozumiem nic poza dzień dobry jestem Yuzuki pochodzę stądistąd. A polski, książki, pisanie i sztuka w ogóle jest czymś, co sprawia, że jestem szczęśliwa. I mogłabym nie mieć zupełnie nikogo wokół mnie, bo nikogo nie warto trzymać przy sobie na siłę, ale wiem, co chcę w życiu robić i to zaprowadzi mnie w odpowiednie miejsce, gdzie będę czuła się dobrze. I może tam znajdą się ludzie, którzy mnie po prostu zrozumieją. Do tego pięknego budynku, który uwielbiam odwiedzać, w którym jest wiele świetnych miejsc wywołujących wspomnienia weszłam nie wiedząc, kim do końca jestem, kto jest moim przyjacielem i czy dam sobie radę z takim natłokiem ludzi wokół. Było cholernie ciężko - przede wszystkim na początku, ale i w ostatnich tygodniach, kiedy wszystko zaczęło przeciekać między palcami, a ja zostałam sama siedząc na drewnianej ławce, wpatrując się w boisko do koszykówki, trzymając w ręku książkę, a w uszach słuchawki (muzyka zawsze określała pewien etap mojego życia - ile ja bym mogła o tym napisać!). Miałam wkroczyć znowu do innego świata, w którym tym razem jak echo w głowie odbijały się słowa: przyszłość, studia, praca, matura, dorosłość. A ja w ogóle nie byłam na to gotowa.
Liceum: Przyszłam z wielkim chaosem w głowie, nie wiedziałam ani do czego tak naprawdę dążę, ani czy to wszystko ma jakikolwiek sens. Wiedziałam, co lubię, ale moja pewność siebie była bliska zeru, nie wiedziałam czym jest poczucie własnej wartości, a wszystko co do tej pory posiadałam powoli i nieubłaganie traciłam. Po prostu na to patrzyłam. Ale tam właśnie uratowała mnie moja klasa. Tak jak w gimnazjum ogrom ludzi, z którymi spędzałam każdy dzień przytłaczał mnie początkowo ze względu na całe sześć lat w malutkiej klasie, w której nie było nawet dziesięciu osób, tak w liceum poczułam ogromną ulgę. Nie było podziałów na lepszych i gorszych, wszyscy na początku byliśmy razem, póki nie poznaliśmy się tak, by ostatecznie pod koniec pierwszej klasy utworzyły się przyjaźnie trwające do teraz. Ale ten początek był dla mnie zbawieniem. Śmiałam się, cieszyłam się nowymi dniami w nowej szkole, która klimatem przebiła wszystkie poprzednie. Choć nadal nie było mi lekko, a najgorsze dni dopiero miały nadejść - ta szkoła pomogła mi najbardziej. Bywały dni nie do zniesienia - jak w każdej szkole. Wstawałam rano, w szkole spędzałam pół dnia zastanawiając się, czy może dziś ktoś przypadkiem mnie zapyta z ostatniej lekcji, po szkole dom, obiad, odrabianie lekcji, nauka i tak w kółko. Ale kiedy nadszedł koniec roku szkolnego, wycieczka, wiosna - nagle wszystko nabrało sensu. Najgorsze było tuż za mną, ale dzięki temu dowiedziałam się, w kim mam przyjaciół, na kim mogę polegać i ktoś powiedział mi, że coś potrafię. Kiedy pokazałam nieśmiało polonistce moje teksty, które chciałam wysłać na konkurs, usłyszałam wiele miłych słów. Uwierzyłam w siebie mając obok osoby, które wierzyły we mnie już wcześniej. I tak trwało moje liceum. Miałam przyjaciół, cięższe dni, wiele nauki, załamywałam się, że nie dam rady, ale miałam pasję - pisałam, brałam udział w konkursach i co najważniejsze - czułam, że się rozwijam. Kiedy zobaczyłam, jak bardzo zmieniło się moje myślenie i moje umiejętności, poczułam dumę z samej siebie i sama sobie powiedziałam, że dam radę. To jest to, co chcę robić w moim życiu. A nawet jeśli moja praca polegałaby na czymś innym - będę pisać, bo nie wyobrażam sobie życia bez pisania. Będąc na studiach zobaczyłam jeszcze większy progres i wtedy myślałam o każdej chwili, która mnie tutaj przyprowadziła. I wbrew pozorom to nie tylko to liceum, w którym dorosłam psychicznie do życia. To szkoła podstawowa, w której po raz pierwszy pomyślałam o byciu pisarką. To gimnazjum, w którym pisałam teksty bojąc się opinii innych, ale zaparcie idąc w to, bo mogłam być inna niż wszyscy. Ale liceum pokazało mi wszystko: ludzi, przyjaciół rówieśników i przyjaciół w nauczycielach, świetny klimat starej szkoły, wspaniałe wydarzenia, zabawy, imprezy, naukę, stołówkę szkolną (!), książki, lekcje i wszystko pozostałe - bo już wiedziałam, do czego dążę. W końcu nauczyłam się najważniejszych rzeczy w życiu.
Bo tutaj nie chodziło o samą nauką - ale to też było istotne, wiadomo. Najważniejsze, czego można nauczyć się w szkole, to to co zdobędziemy sami. Całą plejadę uczuć, emocji i umiejętność poradzenia sobie z nimi. Poczucie własnej wartości. Szacunek dla każdego człowieka. Pokora i sprawiedliwość. Motywacja i wytrwałość. Własna hierarchia wartości i skupianie się na rzeczach, które sprawiają nam radość. Robienie tego, co się kocha i wybieranie przyszłości, by być szczęśliwym człowiekiem. Mnie tego nauczyły moje szkoły. Ludzie, których spotykałam, często nauczyciele, pokazywali mi rzeczy, których sama nie zauważałam. Nigdy nie nauczyłabym się być taką osobą, gdyby nie doświadczenie tych szkół. Wielu wyborów dokonywałam sama - książki, które czytałam, teksty, które pisałam, przyjaciele, z którymi się spotykałam - ale wiele po prostu dostałam, bo słuchałam. Na lekcjach, na korytarzach, w cztery oczy.
Ja mogę powiedzieć, że szkoła była dla mnie ważna. I każdemu życzę, żeby mógł powiedzieć kiedyś to samo. Jednak w tej rutynie było coś, za czym dziś tęsknię. Czy to budynki, nauka, czy ludzie, z którymi mogłam być codziennie - nieważne - po prostu jestem wdzięczna za te lata, których nigdy nie zapomnę. Popełniłam błędy, ale wracając, chyba nic nie zrobiłabym inaczej - właśnie to wspominam, właśnie to zrobiło mnie ze mnie.
_______________________________________
Pierwsze dwa wiersze to teksty, których uczyłam się na pamięć - fragment Pana Tadeusza w szkole podstawowej, a wiersz Miłosza w gimnazjum. W liceum nie uczyłam się niczego poza Bogurodzicą, ale więcej pisałam sama, więc tutaj twór wierszopodobny z 2015 roku. Zdjęcia poza środkowym należą do mnie.
Szkoła podstawowa: Małe szkoły i kilkuosobowe klasy mają dwie strony: czasem wydaje się okropnie nudno, kiedy zupełnie nic się nie dzieje, ale jednak całe sześć lat dorastaliśmy obok siebie znając się praktycznie na wylot. Przed taką liczbą osób było niewiele sekretów, ale każdy był zupełnie inny i to było piękne. Każdy czuł się potrzebny i każdy mógł liczyć na indywidualne traktowanie. Każdy miał swoją ławkę w klasie, każdy miał niezmienny numer w dzienniku, charakterystyczne pismo, które byliśmy w stanie rozpoznać bez problemu. W tej szkole byłam dzieckiem i później "prawie nastolatką". Bo wtedy w wieku dwunastu lat nikt nawet nie myślał poważnie o malowaniu się, imprezowaniu i wszystkich dorosłych rzeczach, o których teraz myślą dwunastolatki. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Byliśmy dzieciakami i nie udawaliśmy dorosłych. Myślenie o dalekiej przyszłości było abstrakcją. Kim będę za dziesięć, dwadzieścia lat? Pisarką, dżokejką, malarką, nauczycielką, projektantką mody albo piosenkarką. Każdego dnia w mojej głowie rodziły się nowe pomysły na przyszłość, w zależności od tego jaki serial akurat obejrzałam albo jaką książkę przeczytałam. Wszystko było zagadką. Przyszłość była nieznana i tajemnicza, trochę się jej bałam, a trochę na nią czekałam. Chodzenie do malutkiej szkoły, w której każdy każdego zna było w pewnym momencie utrapieniem. Szczególnie, kiedy różnice charakterów zaczynały brać górę, a zwykle uległa Yuzuki pod wpływem Avril Lavigne i Rikki zaczęła zauważać niesprawiedliwości, na które od tylu lat się zgadza. Koniec szkoły podstawowej był jednocześnie najpiękniejszy i najsmutniejszy. W tej szkole przeżyłam przepiękne chwile - była moim miejscem. Kiedy teraz przechodzę obok, w głowie znowu mam wspomnienia różnych chwil, miejsc, w których przesiadywałam na przerwach, słów, które usłyszałam. To tutaj byłam najdłużej i tutaj zrozumiałam, że nie mogę przepływać oceanów dla ludzi, którzy nie przeskoczyliby dla mnie nawet kałuży. Tego się tam nauczyłam, a jak było chodzić do szkoły podstawowej na początku lat 00' i co było w tym takiego niezapomnianego - może kiedyś.
Gimnazjum: Te trzy lata czułam na plecach jeszcze dużo później. Świetna szkoła, w której mogłam czuć się swobodniej, bo nie znałam wszystkich i wszyscy nie znali mnie. Wcześniej zrozumiałam, że bycie grzeczną i potulną nie jest do końca dla mnie. Tutaj obudziła się we mnie buntowniczka na przekór wszystkiemu i wszystkim. Tutaj popełniłam najwięcej błędów, ale też tutaj zrozumiałam jak czasem ciężko jest być po prostu sobą i robić to, co się kocha. Bycie z innymi ludźmi to też wyzwanie i także tego człowiek musi się nauczyć. Słuchać, rozumieć, milczeć, mówić, śmiać się, płakać, współczuć i odchodzić, kiedy twoja obecność jest zbędna. Wśród ludzi człowiek bywa najbardziej samotny, szczególnie, kiedy nie spotyka się ze zrozumieniem najbliższych mu osób. Poznałam wiele zupełnie nowych uczuć całkowicie pozytywnych, dla których znowu chciałabym mieć czternaście lat, ale też wiele uczuć negatywnych, o których nie sposób zapomnieć. Ale dziś nie żałuję, że były obecne w moim życiu - bez nich pewnie nie byłabym taką mną. W czasie wakacji dom był prawie moim hotelem, a ja ciągle gdzieś bywałam. Ciągle z kimś, ciągle coś robiłam i nauczyłam się mnóstwa nowych rzeczy, które z nauką nie miały nic wspólnego. Zrozumiałam też wiele. Przede wszystkim, że nie rozumiem chemii, i że nieważne jak długo będę uczyła się niemieckiego - nie powiem i nie zrozumiem nic poza dzień dobry jestem Yuzuki pochodzę stądistąd. A polski, książki, pisanie i sztuka w ogóle jest czymś, co sprawia, że jestem szczęśliwa. I mogłabym nie mieć zupełnie nikogo wokół mnie, bo nikogo nie warto trzymać przy sobie na siłę, ale wiem, co chcę w życiu robić i to zaprowadzi mnie w odpowiednie miejsce, gdzie będę czuła się dobrze. I może tam znajdą się ludzie, którzy mnie po prostu zrozumieją. Do tego pięknego budynku, który uwielbiam odwiedzać, w którym jest wiele świetnych miejsc wywołujących wspomnienia weszłam nie wiedząc, kim do końca jestem, kto jest moim przyjacielem i czy dam sobie radę z takim natłokiem ludzi wokół. Było cholernie ciężko - przede wszystkim na początku, ale i w ostatnich tygodniach, kiedy wszystko zaczęło przeciekać między palcami, a ja zostałam sama siedząc na drewnianej ławce, wpatrując się w boisko do koszykówki, trzymając w ręku książkę, a w uszach słuchawki (muzyka zawsze określała pewien etap mojego życia - ile ja bym mogła o tym napisać!). Miałam wkroczyć znowu do innego świata, w którym tym razem jak echo w głowie odbijały się słowa: przyszłość, studia, praca, matura, dorosłość. A ja w ogóle nie byłam na to gotowa.
Liceum: Przyszłam z wielkim chaosem w głowie, nie wiedziałam ani do czego tak naprawdę dążę, ani czy to wszystko ma jakikolwiek sens. Wiedziałam, co lubię, ale moja pewność siebie była bliska zeru, nie wiedziałam czym jest poczucie własnej wartości, a wszystko co do tej pory posiadałam powoli i nieubłaganie traciłam. Po prostu na to patrzyłam. Ale tam właśnie uratowała mnie moja klasa. Tak jak w gimnazjum ogrom ludzi, z którymi spędzałam każdy dzień przytłaczał mnie początkowo ze względu na całe sześć lat w malutkiej klasie, w której nie było nawet dziesięciu osób, tak w liceum poczułam ogromną ulgę. Nie było podziałów na lepszych i gorszych, wszyscy na początku byliśmy razem, póki nie poznaliśmy się tak, by ostatecznie pod koniec pierwszej klasy utworzyły się przyjaźnie trwające do teraz. Ale ten początek był dla mnie zbawieniem. Śmiałam się, cieszyłam się nowymi dniami w nowej szkole, która klimatem przebiła wszystkie poprzednie. Choć nadal nie było mi lekko, a najgorsze dni dopiero miały nadejść - ta szkoła pomogła mi najbardziej. Bywały dni nie do zniesienia - jak w każdej szkole. Wstawałam rano, w szkole spędzałam pół dnia zastanawiając się, czy może dziś ktoś przypadkiem mnie zapyta z ostatniej lekcji, po szkole dom, obiad, odrabianie lekcji, nauka i tak w kółko. Ale kiedy nadszedł koniec roku szkolnego, wycieczka, wiosna - nagle wszystko nabrało sensu. Najgorsze było tuż za mną, ale dzięki temu dowiedziałam się, w kim mam przyjaciół, na kim mogę polegać i ktoś powiedział mi, że coś potrafię. Kiedy pokazałam nieśmiało polonistce moje teksty, które chciałam wysłać na konkurs, usłyszałam wiele miłych słów. Uwierzyłam w siebie mając obok osoby, które wierzyły we mnie już wcześniej. I tak trwało moje liceum. Miałam przyjaciół, cięższe dni, wiele nauki, załamywałam się, że nie dam rady, ale miałam pasję - pisałam, brałam udział w konkursach i co najważniejsze - czułam, że się rozwijam. Kiedy zobaczyłam, jak bardzo zmieniło się moje myślenie i moje umiejętności, poczułam dumę z samej siebie i sama sobie powiedziałam, że dam radę. To jest to, co chcę robić w moim życiu. A nawet jeśli moja praca polegałaby na czymś innym - będę pisać, bo nie wyobrażam sobie życia bez pisania. Będąc na studiach zobaczyłam jeszcze większy progres i wtedy myślałam o każdej chwili, która mnie tutaj przyprowadziła. I wbrew pozorom to nie tylko to liceum, w którym dorosłam psychicznie do życia. To szkoła podstawowa, w której po raz pierwszy pomyślałam o byciu pisarką. To gimnazjum, w którym pisałam teksty bojąc się opinii innych, ale zaparcie idąc w to, bo mogłam być inna niż wszyscy. Ale liceum pokazało mi wszystko: ludzi, przyjaciół rówieśników i przyjaciół w nauczycielach, świetny klimat starej szkoły, wspaniałe wydarzenia, zabawy, imprezy, naukę, stołówkę szkolną (!), książki, lekcje i wszystko pozostałe - bo już wiedziałam, do czego dążę. W końcu nauczyłam się najważniejszych rzeczy w życiu.
Bo tutaj nie chodziło o samą nauką - ale to też było istotne, wiadomo. Najważniejsze, czego można nauczyć się w szkole, to to co zdobędziemy sami. Całą plejadę uczuć, emocji i umiejętność poradzenia sobie z nimi. Poczucie własnej wartości. Szacunek dla każdego człowieka. Pokora i sprawiedliwość. Motywacja i wytrwałość. Własna hierarchia wartości i skupianie się na rzeczach, które sprawiają nam radość. Robienie tego, co się kocha i wybieranie przyszłości, by być szczęśliwym człowiekiem. Mnie tego nauczyły moje szkoły. Ludzie, których spotykałam, często nauczyciele, pokazywali mi rzeczy, których sama nie zauważałam. Nigdy nie nauczyłabym się być taką osobą, gdyby nie doświadczenie tych szkół. Wielu wyborów dokonywałam sama - książki, które czytałam, teksty, które pisałam, przyjaciele, z którymi się spotykałam - ale wiele po prostu dostałam, bo słuchałam. Na lekcjach, na korytarzach, w cztery oczy.
Ja mogę powiedzieć, że szkoła była dla mnie ważna. I każdemu życzę, żeby mógł powiedzieć kiedyś to samo. Jednak w tej rutynie było coś, za czym dziś tęsknię. Czy to budynki, nauka, czy ludzie, z którymi mogłam być codziennie - nieważne - po prostu jestem wdzięczna za te lata, których nigdy nie zapomnę. Popełniłam błędy, ale wracając, chyba nic nie zrobiłabym inaczej - właśnie to wspominam, właśnie to zrobiło mnie ze mnie.
_______________________________________
Pierwsze dwa wiersze to teksty, których uczyłam się na pamięć - fragment Pana Tadeusza w szkole podstawowej, a wiersz Miłosza w gimnazjum. W liceum nie uczyłam się niczego poza Bogurodzicą, ale więcej pisałam sama, więc tutaj twór wierszopodobny z 2015 roku. Zdjęcia poza środkowym należą do mnie.






Piękny post, jak zresztą każdy poruszył najgłębszy kawałek mojej duszy. To straszne, jak szybko mija życie. Dziś jesteśmy z niego niezadowoleni, a za kilka lat oddali byśmy wszystko, by przenieść się do czasów minionych. Chyba taka już natura człowieka: zawsze będzie tęsknić za przeszłością.
OdpowiedzUsuń